Ostatniego dnia 24. MFF BellaTOFIFEST uczestnicy mieli okazję wziąć udział w wyjątkowym spotkaniu, które stało się nie tylko okazją do podsumowania kondycji współczesnej polskiej kinematografii, lecz także do wyjścia poza jej granice i spojrzenia na kino w szerszym, globalnym kontekście. Na festiwalowej kanapie zasiedli: aktorki Alicja Bachleda-Curuś i Anna Próchniak, producentka filmowa Aneta Hickinbotham oraz dziennikarz i reportażysta Witold Szabłowski – twórcy od lat związani z międzynarodowym światem filmu.
Goście dzielili się doświadczeniami z pracy za granicą, opowiadali anegdoty, pozwalając zajrzeć za kulisy międzynarodowych produkcji, a także przekazywali młodym twórcom cenne wskazówki dotyczące budowania kariery poza Polską. Rozmowa dotknęła również światowych trendów w kinematografii oraz wyzwań, przed którymi stoi współczesna sztuka filmowa.
Dyskusję rozpoczęto, zachowując pewną chronologię. Pierwsze pytanie dotyczyło początków międzynarodowej drogi gości – ich pierwszych doświadczeń na zagranicznym rynku filmowym oraz tego, jak udało im się zaistnieć poza granicami kraju.
Alicja Bachleda-Curuś, znana z roli Zosi w filmie „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, a następnie z filmów europejskich i hollywoodzkich, m.in. „Handel” u boku Kevina Kline’a oraz irlandzkiej produkcji „Ondine” Neila Jordana, kierowała się ciekawością – chęcią poznania amerykańskiej szkoły aktorskiej. Motywacja okazała się na tyle silna, że nawet przeszkody, z którymi musiała zmierzyć się na początku swojej drogi w Los Angeles, nie były w stanie jej powstrzymać. Jak wspominała, europejski akcent początkowo postrzegano jako barierę, jednak z czasem przekonała się, że współczesna branża filmowa coraz bardziej docenia różnorodność i autentyczność zagranicznych aktorów.
Doświadczeniami związanymi z docenianiem polskich twórców poza granicami naszego kraju podzieliła się również Anna Próchniak – aktorka filmowa i teatralna, odtwórczyni głównej roli w serialu SkyShowtime „Tatuażysta z Auschwitz”. Za tę rolę otrzymała nominację do BAFTA Scotland Awards:
„Polskie kino ma się bardzo dobrze. Przez ostatnie 10–15 lat cieszy się dużym powodzeniem na świecie, na festiwalach. Za każdym razem, kiedy trafiam na plan – czy to jest Francja, czy Islandia, czy Wielka Brytania – spotykam tam filmowców, którzy to kino polskie doceniają, dobrze je znają, którzy zazdroszczą mi tego, że poznałam Pawła Pawlikowskiego, którzy są ogromnymi fanami Krzysztofa Kieślowskiego. Nie powinniśmy mieć żadnych kompleksów. Mamy naprawdę dużo do zaoferowania”.
Choć każdy z zaproszonych gości przeszedł odmienną drogę zawodową, w ich „przepisie” na karierę można dostrzec pewne wspólne mianowniki. Każdy z nich sukcesu dopatruje się w pracy, autentyczności, wsparciu bliskich oraz – co podkreślali szczególnie – gotowości do korzystania z szans, jakie podsuwa życie.
„Przepis jest taki, żeby nie być za bardzo spiętym” – mówiła Anna Próchniak. – „Żeby odpowiadać na to, co do ciebie przychodzi, przyciągać odpowiednich ludzi, dawać z siebie, szczerze mówić… Warto trzymać się swoich ludzi. Nie wyobrażam sobie bez nich życia, nie wyobrażam sobie pracy, nie wyobrażam sobie, żebym osiągnęła cokolwiek bez tych, którzy mnie wspierają. Tak więc trzeba też inwestować w tę prawdziwą miłość i przyjaźń”.
„Ważne, aby otaczać się ludźmi, którzy faktycznie cenią cię za twoją indywidualność, za to, że jesteś sobą, że nie jesteś taka jak inni. Szybko stwierdziłam, że nie będę się wyzbywać akcentu, będę mówić tak, jak mówię. To jest bardzo ważne, ale trzeba też mieć cierpliwość i pokorę” – dodała Alicja Bachleda-Curuś.
„Musiałam świecić pracą. Wiedziałam, że chcę robić to, co chcę robić, a jeżeli chciałam, to musiałam decydować na swoich warunkach – iść swoją drogą, a nie drogą innych” – tak proces odnajdywania swojego twórczego głosu wspominała producentka filmowa Aneta Hickinbotham.

Choć doświadczenie zdobyte za granicą było niezwykle wartościowe – praca przy dużych produkcjach, często o budżetach sięgających dziesiątek milionów dolarów, ogromna odpowiedzialność, liczne kontakty oraz unikalne doświadczenie w roli tzw. kierownika produkcji second unitów, która nie jest powszechna na polskich planach filmowych – to właśnie chęć pracy na własnych zasadach i artystycznej niezależności skłoniła ją do powrotu do kraju.
Szczypta szczęścia okazuje się również przydatna w osiągnięciu rozpoznawalności na globalnym rynku filmowym.
„Cały czas czuję, jakbym był w trakcie hackowania systemu. I nie do końca wierzę, że to się dzieje. Na początku byłem przerażony. Ja nigdy nie myślałem, że będę robił filmy, a co dopiero, że pierwszy film, jaki do mnie przyjdzie w życiu, przyjdzie ze Stanów Zjednoczonych!” – opowiadał Witold Szabłowski, dziennikarz i reportażysta.
Punktem wyjścia była jego książka „Jak nakarmić dyktatora”, która po ukazaniu się w Stanach Zjednoczonych spotkała się z bardzo dobrą recenzją w „The New York Times”. Przełomem było zainteresowanie ze strony Concordia Studio, należącego do Laurene Powell Jobs, co było dla autora momentem dużego zaskoczenia i sprowokowało go do wejścia w świat agentów i menedżerów oraz poruszania się w realiach międzynarodowych produkcji.
Chociaż projekt wielokrotnie zmieniał swoją koncepcję, a prawa do ekranizacji kilkukrotnie wracały do autora, udało się doprowadzić go do etapu realizacji. W czerwcu 2026 roku podczas festiwalu Tribeca w Nowym Jorku odbyła się światowa premiera dokumentu opartego na jego książce, przy którym pełnił funkcję współautora scenariusza i koproducenta. Jak podkreślał, wciąż pozostaje nadzieja na powstanie pełnometrażowej fabuły.
Niektóre cechy wynikające z narodowości stanowią unikatowy zasób, który bywa doceniany w skali globalnej. Jak podkreślał Witold Szabłowski, istotną rolę odgrywa w tym środkowoeuropejska wrażliwość – filtr, przez który patrzy na świat, a zarazem swoisty most ułatwiający komunikację i budowanie porozumienia z odbiorcami.
Dyskusja, początkowo oparta na prywatnych doświadczeniach gości, z czasem przekształciła się w wymianę opinii i obserwacji dotyczących współczesnego rynku filmowego oraz dynamicznych zmian zachodzących w jego obrębie.
Rozmówcy zwrócili uwagę na rosnącą rolę platform streamingowych, które umożliwiają szersze rozpowszechnienie polskich produkcji, a jednocześnie mogą wywoływać u współczesnych widzów poczucie zagubienia wobec nadmiaru dostępnych tytułów. Dyskutowano również o rosnącej popularności niskobudżetowego kina gatunkowego, którego autorami są niezależni, alternatywni twórcy, często stawiający pierwsze filmowe kroki w przestrzeni internetowej.

Jedną z najistotniejszych kwestii, którymi – według Anety Hickinbotham – trzeba się zaopiekować, jest potrzeba większej edukacji filmowej oraz kształtowania nawyku chodzenia do kina od najmłodszych lat. Producentka odwoływała się przy tym do własnych doświadczeń rodzinnych, wskazując, że regularne wizyty w kinie z córką od wczesnego dzieciństwa sprawiły, iż stało się ono dla niej naturalnym sposobem spędzania wolnego czasu.
Sytuacja na rynku filmowym staje się coraz bardziej skomplikowana. Producentka zwracała uwagę na rosnące trudności w finansowaniu produkcji oraz coraz większą ostrożność inwestorów, co sprawia, że sprzedaż praw ekranizacyjnych staje się coraz bardziej wymagająca. „Quo vadis, kinematografio?” – pytała odrobinę retorycznie, a odrobinę ze szczerym zainteresowaniem tym, co będzie dalej.
„Brakuje nam w tym XXI wieku takiego pazura, zadziora. Myślę, że teraz czasy są tak trudne dla wielu – i w Stanach, i w Polsce – że ludzie chętnie popadają w totalny eskapizm. Na przykład horror sprawia, że ludzie mogą zapomnieć – pobać się, poczuć coś szybko i zapomnieć o tym. Albo właśnie kino przyjemne i ładne, opowiadające o czymś, co nam się nie dzieje. Możemy się oderwać od nieprzyjemnych spraw, pomarzyć i wyjść z kina. Zrobiłam parę lat temu film, który bardzo lubię – „Siubuk”. Opowiada o zmaganiach kobiety przez 19 lat jej życia z dzieckiem chorym na autyzm. Ważny i trudny. Po jednym z seansów młody chłopak zapytał mnie, dlaczego takie filmy nie powstają. Mogłabym powiedzieć tylko jedno: nie powstają, bo wy ich nie oglądacie – czyli nie chodzicie na pewne filmy do kina” – mówiła Aneta Hickinbotham.
Czy widzowie mogą mieć wpływ na rynek filmowy? Jak się okazuje – większy, niż mogłoby się wydawać. To właśnie publiczność, poprzez wybór konkretnych tytułów i gatunków, w dużej mierze kształtuje kierunek, w jakim rozwija się współczesna kinematografia. W tym sensie kino pozostaje wspólną przestrzenią twórców i odbiorców, a odpowiedzialność za jego dalsze losy spoczywa po obu stronach ekranu.